Dlaczego religia nie uszczęśliwia?

Zajmijmy się przez chwilę tak postawionym pytaniem. Ludzkość od samych, spowitych mgłą niewiedzy, początków szuka szczęścia; filozofowie i moraliści, pisarze i wielcy humaniści wylali morze atramentu (i ocean łez, współczując harującym rzeszom nieludzko na tym „łez padole”), żeby znaleźć jedyny, prosty i powszechny, a przy tym niezawodny sposób na doczesne i co więcej – wieczne szczęście. Taką samą genezę ma każda religia – będziemy pisać zatem o „religii w ogóle”, religii samej w sobie, nie zaś jej konkretnym przejawom, postawom wyznawczym czy poszczególnym wierzeniom i dogmatom.

W gruncie rzeczy wielość i mnogość wiar składa się na fascynujące zjawisko „religijności jako takiej”, i jeszcze bardziej fascynujące pytanie: dlaczego nadal ludzie wierzą? Dlaczego w epoce cybernetyki, informatyki i nanotechnologii są rzesze, które wierzą bądź starają się nieudolnie spełniać wszelkie nakazy, odziedziczone w procesie wychowania od ojców i dziadów? Inaczej pytanie stawiając: dlaczego dziewiętnastowieczne proroctwa dotyczące „końca religii” padły jak bokser na ringu i się we wszystkim prawie pomyliły?

Odpowiedź jest skomplikowana: religia jest stałym momentem ludzkiej natury, cokolwiek pod tym pojęciem będziemy rozumieć; wiara jest pociechą, ale okupioną nakazami, zakazami i groźbami. Każde „bóstwo” każdej religii opiekuje się wiernymi, ale również ich kontroluje, śledzi każdy ruch (patrz: niektóre psalmy ze ST), ba, mało tego – wydaje się znać ludzkie najtajniejsze myśli i pragnienia, bynajmniej nie zawsze po to, żeby je spełniać; bóstwo ma cechy ludzkie – może się więc okazać, że się śmiertelnie gniewa, złości jak dziecko, gdy nie dostanie cukierka w postaci czci i hołdu; bóstwo prawdopodobnie ukształtowane jest z archetypowego obrazu „surowego ojca” i „miłosiernej, troskliwej matki”, stąd z jednej strony religia daje jakąś tam nadzieję na wieczną nagrodę po śmierci, ale z drugiej grozi wszystkim nieposłusznym jej nakazom i zakazom „wiecznym potępieniem w piekle”. Jak to pogodzić? To tak samo trudne do pogodzenia, jak ogień z wodą, ale religia znajduje sposób: w katolicyzmie obok „nieba” i „piekła” istnieją „piekła doczesne”, zwane w teologii „purgatorium”, a potocznie czyśccem; znowu jednak dostanie się chociaż tam, pozwalające uniknąć permanentnego dożywocia w piekle, obłożone jest wieloma warunkami: trzeba się za życia spowiadać, spożywać Ciało Pańskie, a przede wszystkim zdążyć przyjąć ostatnie sakramenty. Cóż, już z tego widać, że żywot poczciwego człowieka wiary, szczególnie w wersji ortodoksyjnej każdego odłamu monoteizmu, łatwym nie był i nadal nie jest, pomimo że nastąpiło w XX wieku dzięki Soborowi pewne poluzowanie sztywnej, scholastycznej doktryny, w ramach której najwięksi wówczas teologowie zupełnie na serio toczyli spory o to, ile diabłów zmieści się na główce igły i na podobne tematy. Już to samo, że istnieje rzekomo Byt najwyższy, wszechwiedzący i w dodatku wszechmogący, nie brzmi dobrze: skoro tak, to zna przyszłość, wie już więc, co się stanie ze mną po zgonie, jeśli w ogóle coś się stanie. Ale to dopiero początek problemów.

Istotnie, gdyby Byt najwyższy tylko stworzył świat, a potem z daleka czuwał nad nim, jednocześnie zezwalając wszystkim ludziom na realizację planów, marzeń, pragnień, włączając w to najbardziej zapalną dla każdej religii monoteistyczej kwestię seksualno-etyczną, to jeszcze byłoby pół biedy. Problem mieliby wtedy raczej ci, którzy doszli do wniosku, że Bytu takiego, choćby najszerzej i najogólniej pojmowanego nie ma; niestety, Bóstwo jedyne nie jest dziś daleko, wręcz siedzi koło wspólnego łóżka i trzymając bat w ręce, jednocześnie drugą błogosławi; przyznać należy, że bóstwo takie można zdiagnozować jako całkowicie rozdwojone w swej jaźni. Wierni, którzy są wierni w dorosłym życiu, prawdopodobnie nie uniknęli zimnego prysznica we wczesnym dzieciństwie: najpierw wmawiano im, że Mikołaj przyjdzie, jeśli będą grzeczni, a kiedy odebrano im brutalnie wiarę w niego i dobre anioły, wkroczył policjant; wiara większości katolików dziś w Polsce przypomina śledztwo, w którym występuje dobry i zły policjant; ten dobry próbuje przemówić tak do rozumu, żeby podejrzany się do wszystkiego przyznał, a jeśli to zawiedzie, wchodzi zły policjant; jest też wersja odwrotna – najpierw pokazuje się kij, a potem wchodzi dobry policjant i próbuje marchewki. W ten sposób, w prymitywnym warunkowaniu pawłowskim na zasadzie bodźców pozytywnych (nagroda) i bodźców negatywnych (kara) wychowywały się prawie wszystkie pokolenia naszych przodków. Nie mają oni jednak czego nam wcale zazdrościć, bo bywały okresy (renesans, oświecenie, pozytywizm), kiedy ludzie żyli szczęśliwie bez kultu religijnego, a nawet wiary wewnętrznej i wcale przez to nie byli gorsi ani mniej szczęśliwi; istnieją mocne poszlaki, każące przypuszczać, że zależność między stopniem zdominowania świadomości przez atawizmy religijne, przesądy i zabobony, jest odwrotnie proporocjonalna; im bardziej wierzący „żyje” z wiary, tym mniej ma czasu na świat doczesny; im mniej ma zaś tak potrzebnego do życia metabolizmu informacyjnego między sobą i światem zewnętrznym, tym gorsze samopoczucie psychiczne, aż w skrajnych przypadkach może pojawić się zaburzenie umysłowe lub nerwica eklezjogenna.

To nowe pojęcie nie zajmuje się wpływem treści wierzeń religijnych i przedmiotu czci religijnej, bo o jego istnieniu bądź nieistnieniu, nie można o tym mówić sensownie przy pomocy języka naturalnego; nerwica eklezjogenna polega na wpływie wspólnoty kościelnej na jednostkę, która usiłuje się maksymalnie wpisać czy dostosować do swej grupy odniesienia. Jeśli się przystosuje, często kosztem mnóstwa niepotrzebnych z punktu widzenia racjonalności wyrzeczeń, ale uzasadnianych logicznie przez wspólnotę najczęściej eschatologicznie, to nerwica się nie pojawia bądź przemija, jeśli wystąpiła; w przeciwnym przypadku nerwica atakuje tym mocniej, im mniejszy stopień adaptacji do grupy. Obecnie w wielu gabinetach psychologicznych, a nawet psychiatrycznych spotyka się takie osoby, jednak psychologowie nie bardzo lubią omawiać problemy filozoficzno-religijne, a psychologowie chrześcijańscy mają związane ręce; problem dotyczy najczęściej przykazania szóstego i dziewiątego, co sam Franciszek nazywa „jakąś neurotyczną obsesją”. Skoncentrowanie aparatu psychicznego jedynie na tym wąskim, choć ważnym, momencie, jakim jest stłumienie, zaprzeczenie i wyparcie potrzeb seksualnych, wzmacniane przykładami niektórych nawiedzonych świętych, powoduje nerwicę energii, która w skrócie polega na wyczerpaniu z powodu skierowania wszystkich sił witalnych w jednym celu – „seks nie istnieje”, albo „seks jest brudny”, „seks to dopust boży”, idt. Cała energia witalna jednostki cierpiącej na kościelne nerwice marnuje się w szczytnym ideale „czystości”, choć nawet ludzie zaangażowani duszpastersko twierdzą, że nauczanie kościelne jest przesadne.

Podsumowując: im bardziej religie będą ingerować w myśli, fantazje i zachowania swych wiernych w kwestiach intymnych, tym szybciej nastąpi sekularyzacja, ponieważ społeczeństwo jest homeostatem, który dąży do równowagi. Im większe wyparcie seksu, tym większa przeciwwaga w postaci laicyzacji, nad którą tak lamentują wierzący. Sami ją bowiem wywołali, ustami i rękami papieży nazywając dobro złem, demonizując pragnienia seksualne, które są w najgorszym razie neutralne. Wierzący o orientacji „liberalno-postępowej” liczyli, że wybór Franciszka zmieni wiele albo choćby cokolwiek w nauczaniu moralnym w kwestiach najbardziej zapalnych: antykoncepcji, rozwodach, współżyciu seksualnym czy powszechnym autoerotyzmie; niestety prawdopodobnie początkowe znane ‚gesty’ Franciszka były zagrywką PiaRową, nastawioną na młodzież, nie akceptującą moralności seksualnej w całości. Czas pokaże, czy wierni będą całe życie żyć w niewoli religii, w którą nieświadomie i bez swej woli wpadli, czy też któryś z następnych papieży pozostawi seks w spokoju. Zwróci te delikatne kwestie naszemu sumieniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *